Słońce zdawało się blednąć za chmurą pyłu i oparami wydobywającymi się z wnętrza ziemi. Kentauros brnął przez ten zatruty, zrujnowany zakątek świata, a w jego głowie była tylko jedna myśl, wytrwać do końca, dotrzeć do przyjaznego lasu, na bezpiecznej ziemi. W koło unosił się zapach spalonego zboża. Ziemia była spękana. Tu i ówdzie spod powierzchni wybuchały trujące opary dymu, w innych szczelinach jaśniała bulgocząca lawa. Centaur stąpał szybko ale ostrożnie "co cztery kopyta to nie dwie nogi" powtarzał sobie. Droga dłużyła się niemiłosiernie, ale nie brakowało mu wytrwałości, chęć dotarcia bezpiecznie do domu była silniejsza. Miał też jeszcze w manierce porządny wspomagacz, który kropka po kropli dodawał mu otuchy.